W Kauflandzie. Znajdziesz ją tam, gdzie sól i mąka (sypkie).
Jak wygląda sól z jodkiem potasu i bez przeciwzbrylaczy?



Ile kosztuje sól z jodkiem potasu bez przeciwzbrylaczy?
Kosztuje (10.2025) 1,79 zł za 1 kg.
Skład tej soli: sól kamienną (mieloną), jodowaną z użyciem jodku potasu i nie zawiera przeciwzbrylaczy.
Jest to marka własna Kauflanda K-Classic i produkuje (tę sól) firma K+S Czech Republic a.s. Znalazłem ich stronę produktową oraz korporacyjną.
Jak i gdzie szukałem soli?
Sprawdziłem sól dostępną w sklepach: Auchan, Biedronka, Lidl, Kaufland, Dino, ABC, Lewiatan oraz na Allegro i w Zakupach Google.
Jakie rodzaje soli znalazłem?
W sklepach znalazłem sól różnych producentów oraz marek własnych marketów, które albo były niejodowane (do przetworów np. Sól Kamienna Kłodawska niejodowana), albo jodowane jodkiem potasu ALE z przeciwzbrylaczem, albo jodowane jodanem potasu (np. Sól Kamienna Kłodawska jodowana) albo też jodanem potasu z przeciwzbrylaczami (np. Paska Sol – morska sól z chorwackiego Pagu).
W Internecie były praktycznie te same marki, ale też takie mniej znane – niestety wszystkie na które trafiły były albo z przeciwzbrylaczem albo z jodanem.
Jeśli chcesz długiej to zaparz miętę albo rumianek w litrowym garnku i zapraszam do lektury.
Długa historia o soli jodowanej jodkiem potasu i bez przeciwzbrylaczy
Przyczynkiem do napisania tego tekstu był wywiad prof. Grażyny Cichosz który przeprowadził red. Bogdan Rymanowski na swoim kanale. Cieszył się on ogromną popularnością w kilka dni przebijając 1 mln wyświetleń. Można go zobaczyć tutaj:
Pani Profesor i sam prowadzący zostali ostro skrytykowani (co zgrabnie podsumowane jest tutaj) – redaktor za to, że dał antenę i rozgłos pani naukowiec, która mówiła tam „bzdury”. „Bzdury”, które czem prędzej należy zdementować a najlepiej ośmieszyć kilka z nich po to, aby automatycznie przykryć w ten sposób płaszczem śmieszności cały dorobek Pani Profesor.
Od 2020 roku nie pracuje już ona jako wykładowca (wg tego państwowego rejestru) ale uzyskała tytuł naukowy, który – o ile się orientuję – w Polsce nie jest rozdawany pod Biedronką za prawidłowe odprowadzenie wózka sklepowego do wiaty.
I tu ważna uwaga: zarówno doktorat jak i profesura została uzyskana w dziedzinie nauk rolniczych a sama Pani Profesor przedstawia się jako ekspert technologii żywności i żywienia. To nie jest dziedzina medyczna czyli kierunki związane z leczeniem czy dietetyką. Jeśli chcesz wiedzieć jak wygląda struktura klasyfikacji dziedzin naukowych w Polsce to sprawdź to tutaj i zobaczysz że to zupełnie różne gałęzie. Dlaczego pozwoliłem sobie na ten akapit? Bo w dziedzinie medycznej Pani Profesor może być nieścisła, używać uogólnień albo wręcz mijać się z prawdą jeśli chodzi o bieżący stan wiedzy w dziedzinie medycznej.
Każdy, kto kiedykolwiek wcześniej znał wypowiedzi prof. Cichosz (a były one na kanałach Braci Rodzeń czy Mateusza Ostręgi) wie, że czasem z dużą swobodą mówi o niektórych zjawiskach, jakby były pewnikiem (np. o tym, że potrafi poznać, które z jej studentek są wegankami a które nie) aby później powiedzieć że „korelacja nie oznacza przyczyny” (to fakt bezsporny). I krytyka pojawiła się niemal natychmiast, głównie zarzucając Pani Profesor mijanie się z prawdą albo właśnie uogólnienia. Przykładowo ten i ten materiał były wg mnie rzeczowe i jednocześnie stanowiły polemikę/krytykę na odpowiednim poziomie kultury.
Ten wywiad na kanale Rymanowski Live mógłby pójść lepiej, gdyby tylko redaktor skierował jego tory na:
- ilość konserwantów i barwników w jedzeniu,
- pogoń za zyskiem korporacji (wydłużanie terminu przydatności do spożycia, uatrakcyjnianie produktów, wpływu organów kontroli państwa na to co mamy w sklepach i w lodówkach),
- to jak wygląda edukacja społeczna,
- na brudne zagrywki podatkowe „dla zdrowia” w stylu „wprowadźmy podatek cukrowy” czy „zakażmy alkotubek”.
Ale wtedy pewno by się tak nie niósł. Zobacz wykres, który pokazuje wyszukiwanie w Google informacji zarówno o Grażynie Cichosz jak i Bogdanie Rymanowskim za ostatnie 12 miesięcy:

Jak widać, dla Pani Profesor jest to znaczący wzrost popularności (mniejsza z tym, czy jej sentyment jest pozytywny czy negatywny), podobne korzyści ma redaktor Rymanowski, choć wywiad ten nie przyniósł mu takiej popularności jak wywiady które prowadził w okresie przedwyborczym.
Mimo, iż w ostatnim roku Pani Profesor była gościem wielu kanałów o licznym gronie stałych subskrybentów a nawet miała swój odczyt w Sejmie podczas posiedzenia komisji – nie płynęło to nawet minimalnie na jej rozpoznawalność w Internecie. Tymczasem po wizycie u redaktora Rymanowskiego wykres wystrzelił w górę.
Tak czy inaczej cieszę się, że zrobiło się tyle szumu dzięki temu wywiadowi, bo:
- tematyka poruszana w wywiadzie została zauważona przez „mainstream”
- uruchomiła się polemika jednych z drugimi o to, kto ma rację
- buduje to świadomość społeczną odnośnie jakości żywności
- wprowadziło to dodatkowy element do świadomości ludzi jeśli chodzi o zdrowie
- nadwyrężyło zaufanie do medycyny współczesnej (to akurat zła nowina)
Ten ostatni punkt wyniknął z tego, że widzowie niejako automatycznie zmapowali wiedzę i autorytet Pani Profesor w zakresie jej wiedzy o technologii żywienia na wiedzę medyczną i dietetyczną (której może nie mieć, albo mieć wybiórczą lub nieaktualną) a wszystko było w atmosferze rzetelności dziennikarskiej z jaką kojarzy się redaktor Bogdan Rymanowski.
Mój pierwszy kontakt z wiedzą prof. Cichosz
Po raz pierwszy spotkałem się z wiedzą prof. Cichosz poprzez raport z badania mleka owiec dla mojego niegdysiejszego szefa, a później, w 2011 roku w wywiadzie w nieistniejącym już portalu Nowa Debata pod tytułem „Nie bójmy się cholesterolu„. Archiwalny artykuł można przeczytać jeszcze w kopii.
Dlaczego zainteresowałem się solą i jodem?
Na mojej stronie jest cykl artykułów dotyczących soli oraz tarczycy więc rozumiem co oznacza brak jodu i ten wzbudził na tyle kontrowersji że postanowiłem go pociągnąć dalej. Jod jest niezbędnym mikroelementem dla prawidłowego funkcjonowania organizmu, a jego niedobory mogą prowadzić do poważnych zaburzeń pracy tarczycy.
W Polsce od 1997 roku obowiązuje jodowanie soli kuchennej, które stanowi główną metodę profilaktyki niedoborów jodu w społeczeństwie. W naszym kraju formę i ilość jodu dodawanych do soli reguluje specjalne rozporządzenie. Obowiązek ten wynika to z badań (większość materiałów źródłowych powołuje się na badanie z 2017 roku), które wskazywały deficyty jodu w diecie Polaków.
Jednak nie wszystkie sole jodowane są identyczne – producenci stosują różne formy jodu (wg w. wym. rozporządzenia jest to jodan potasu lub jodek potasu) oraz dodatki technologiczne, które mają istotny wpływ zarówno na jakość produktu, jak i potencjalnie na zdrowie konsumentów (jest sól potasowa, magnezowa, z dodatkiem fluoru a większość – z przeciwzbrylaczami).
Zapotrzebowanie na jod
Według WHO i europejskich wytycznych, zapotrzebowanie na jod wynosi 150 μg/dzień dla dorosłych, 200 μg dla kobiet ciężarnych i 250 μg dla kobiet karmiących. Dla niemowląt zalecane jest 45 μg, dla dzieci poniżej 4 roku życia 105 μg, a dla dzieci powyżej 4 roku życia i dorosłych 225 μg.
Stan jodu u Polaków
Nie znalazłem nowszych badań niż te z 2017 roku – wykazały one, że wówczas mediana stężenia jodu w moczu (UIC) u polskich dzieci w wieku szkolnym wynosiła 101 μg/L, co plasuje Polskę na skrajnej granicy optymalnego statusu jodowego (100-199 μg/L według WHO). Czyli połowa dzieci była powyżej 101, a połowa poniżej 101 – zatem ta druga część dzieciaków miała już niedobór jodu. Oznacza to, że populacja była wtedy marginalnie wystarczająco zaopatrzona w jod, a niewielki spadek spożycia soli jodowanej mógłby prowadzić do nawrotu niedoboru jodu. Uważny czytelnik dostrzeże tu już pewien paradoks: jako że jod jest dostarczany z solą to większa konsumpcja soli może podnieść ilość jodu. Ale każą nam mniej solić więc…
Formy jodu w soli jodowanej
Jodek potasu (KI) – forma naturalna
Jodek potasu to związek chemiczny o wzorze KI, który od dziesięcioleci stosowany jest w jodowaniu soli. Zawiera on 76% jodu oraz 23% potasu i charakteryzuje się wysoką rozpuszczalnością w wodzie. W kontekście fizjologii człowieka, jodek potasu stanowi najbardziej naturalną formę dostarczania jodu do organizmu. Między innymi dlatego przy skażeniu radiologicznym używa się właśnie jodku potasu (a nie jodanu) zwykle w formie tzw. płynu Lugola albo tabletek z jodkiem potasu.
Biodostępność i właściwości zdrowotne jodku potasu
Najnowsze badania z ostatnich trzech lat potwierdzają, że jodek potasu cechuje się 100% biodostępnością i jest najszybciej przyswajany przez organizm. Badania z 2023 roku przeprowadzone przez Tamurę i współpracowników wykazały, że jodek potasu skutecznie redukuje stężenie jodu w moczu u pacjentów stosujących terapię radiojodem, co potwierdza jego wysoką skuteczność w suplementacji jodu.
Kluczowe znaczenie mają właściwości antyoksydacyjne jodku potasu. Badanie opublikowane w 2013 roku przez Magdalenę Milczarek i współpracowników w „Thyroid Research” wykazało, że jodek potasu w stężeniach 5-100 mM znacząco redukuje peroksydację lipidów indukowaną reakcją Fentona w homogenatach tarczycy świńskiej. Najsilniejszy efekt ochronny zaobserwowano przy stężeniu 25 mM. Co więcej, jod z jodku potasu, po dostaniu się do tarczycy, jest utleniany przez nadtlenek wodoru z udziałem peroksydazy tarczycowej, przy czym nadtlenek wodoru jest zużywany w tej reakcji, a jodek działa jako antyoksydant. Co ważne, w tym badaniu porównano badanie obu form jodu: jodku potasu i jodany potasu i wynik był korzystniejszy dla jodku.
Najnowsze badanie z 2025 roku opublikowane przez McClenaghan i współpracowników w „Food Research International” pokazało, że jodek potasu w niskich stężeniach (<100 μM) wzmacnia działanie przeciwdrobnoustrojowe wody aktywowanej plazmą poprzez generowanie reaktywnych form jodu, w tym kwasu hipojodowego (HIO). Osiągnięto 7-logarytmiczną redukcję Escherichia coli i Listeria monocytogenes w ciągu 3 minut.
Wyzwania związane ze stabilnością
Ale nie może być aż tak dobrze. Główną wadą jodku potasu jest jego wysoka wrażliwość na warunki środowiskowe. Badanie z 2023 roku przeprowadzone przez Deresę i współpracowników w Etiopii wykazało dramatyczną redukcję zawartości jodu w soli pod wpływem ciepła i światła. Analiza iodometryczna różnych próbek soli jodowanej KI (jodkiem potasu) wykazała, że zawartość jodu wynosiła od 11,67 do 42,97 mg/kg w zależności od marki oraz tego, czy opakowania były otwarte czy zamknięte.
Badanie wykazuje, że gotowanie soli jodowanej (czyli to co robimy z daniami) sprawiło, że utracono od 18-45% jodku potasu i zależało do marki (producenta). I równie ciekawe są wnioski z drugiego badania, sprawdzającego jak światło wpływa na utratę KI i okazało się, że po 3 tygodniach ta utrata wynosi od 7 do 35% jodku potasu (najmniej utracono gdy sól była trzymana w brązowej butelce w ciemności).
Zobacz teraz jak w praktyce wygląda konsumpcja jodu z soli w Polsce:
- W Polsce sprzedaje się sól jodowaną jodkiem potasu w kilogramowych workach – taki worek wystarcza 4-osobowej rodzinie (wg WHO 5-6 g na dobę na osobę) na około 6-8 tygodni. Większość ludzi kupuje takie opakowania, choć są też mniejsze solniczki z młynkiem.
- Jeśli taka sól będzie przechowywana na blacie kuchennym, w otwartym, przejrzystym pojemniku to po 3 tygodniach może stracić od 7 do 35% zawartości jodu. Przyjmijmy, że traci 20% z ustawowego progu 30 mg (miligramów) jodku potasu w 1kg czyli zostaje 24 mg
- Następnie jeśli tę sól użyjemy do zrobienia gotowanego/pieczonego/smażonego jedzenia to na skutek temperatury może stracić od 18 do 45% – załóżmy że 30%. Zatem z 24 mg pozostanie nam 18 mg (w kilogramie soli). Czyli 40% jodu z soli w ten sposób znika.
A jak to wygląda w mniejszej porcji soli?
- Ze 100 μg (mikrogramów) jodku potasu powstanie nam około 76 μg jodu, a dorosły musi codziennie dostarczyć 150 μg jodu zatem będzie to jakieś 200 μg jodku potasu. Aby przyjąć tę obowiązkową dawkę trzeba zjeść ok 6,5 g soli na dobę.
- Ale jeśli ta sól przez 3 tygodnie była wystawiona na światło a potem użyta do gotowania to stracimy 40% jodu (pamiętaj, wziąłem „środkowe” wartości).
- Czyli musimy zjeść więcej soli (ok 8g) aby uzyskać tę samą ilość jodu. A przecież każą nam mniej solić…
No to teraz połączmy kropki.
- sól jest kupowana głównie w kilowych workach chociaż
- mało jej zużywamy a
- jodek potasu jest wrażliwy na światło więc
- każdy kupując kilowe przejrzyste worki, zwykle przechowuje tę sól niewłąściwie i to sprawia, że
- ilość jodu z takiej soli jest mniejsza niż powinna więc trzeba jeść więcej soli ale
- każą nam mniej solić – więc ilość jodu w diecie spada.
A co jeśli to będą wilgotne warunki przechowywania? Zbrylanie soli jest najmniejszym problemem. Analiza z 2025 roku pokazuje, że jodek potasu ulega utlenianiu do jodu cząsteczkowego, który następnie sublimuje, prowadząc do strat jodu w soli. W wilgotnych warunkach, przy złym przechowywaniu, sól z jodkiem potasu może stracić ponad 50% zawartości jodu w ciągu zaledwie 6 miesięcy. Teraz spójrz na datę ważności soli: wynosi zwykle 2 lata! Jak widzisz, nie chodzi w tym o to, że „sól się zepsuje” bo nawet za 1000 lat nadal będzie słona i zdatna do jedzenia, tylko nie będzie miała deklarowanych właściwości z uwagi na „zniknięcie” jodu.
Dlatego też WHO zaleca stosowanie stabilizatorów, takich jak dekstroza lub tiosiarczan sodu, które mogą zwiększyć retencję jodu o 85% w ciągu 60 dni. I mamy rozwiązanie zagadki dlaczego niektóre sole zawierają sól „i coś jeszcze”.
Czy jodek potasu jest dobry dla producenta soli?
Dla producentów soli, jodek potasu stanowi wyzwanie technologiczne. Wymaga:
- lepszego opakowania (szczelnego, nieprzepuszczającego światła – choć mają to zwykle w nosie, bo wolą robić „ładne opakowania” a nie takie, które są praktyczne),
- kontroli wilgotności podczas produkcji i magazynowania, oraz
- krótszego terminu przydatności do spożycia (o nie! wtedy musieliby rotować produkty, które mają na krótkim terminie i za dużo by stracili!).
Chociaż sam surowiec jodek potasu może być tańszy, koszty całkowite związane z opakowaniem i logistyką są wyższe. Producenci muszą również inwestować w kontrolę jakości, aby zapewnić odpowiednie stężenie jodu przez cały okres przydatności produktu.
Czy sól z jodkiem potasu jest dobra dla konsumenta?
Z punktu widzenia konsumenta, jodek potasu oferuje najlepszą biodostępność jodu oraz potencjalne właściwości ochronne przed stresem oksydacyjnym. Jednak wymaga odpowiedniego przechowywania w domu – w szczelnych, ciemnych pojemnikach, z dala od światła i wilgoci.
Konsumenci powinni również dodawać sól na końcu gotowania (a jeśli to możliwe to solić dopiero na talerzu), aby zminimalizować straty jodu. Jak wiadomo, nie każdą potrawę można w taki sposób przygotować więc jest to pewien kłopot.
Jodan potasu (KIO₃) – forma stabilna
Jodan potasu to utleniona forma jodu o wzorze chemicznym KIO₃, która od lat 90. XX wieku jest preferowana przez Światową Organizację Zdrowia (WHO) w programach jodowania soli ze względu na swoją wyjątkową stabilność.
Stabilność chemiczna i praktyczne zalety jodanu potasu
Badania z 2024 roku przeprowadzone przez zespół z Ghany wykazały, że jodan potasu zachowuje stabilność nawet w trudnych warunkach klimatycznych. W wilgotnym klimacie tropikalnym, sól z jodanem potasu traciła mniej niż 10% jodu w ciągu 2 lat, podczas gdy sól z jodkiem potasu traciła znacznie więcej. Analiza stabilności KIO₃ w różnych temperaturach (70°C, 90°C) i czasach gotowania (30 min, 1h, 1,5h) wykazała, że jodan potasu pozostaje stabilny podczas gotowania – najwyższy poziom strat wynosił zaledwie 3,2 ppm dla jednej z badanych soli. Czyli gotujesz gulasz przez 2 godziny i nadal jest tam jod w formie jodanu potasu.
Kontrowersje dotyczące jodanu potasu
I to jest najważniejszy punkt sporny dotyczący jodanu potasu – jego potencjalne właściwości prooksydacyjne. Bracia Rodzeń w swoim nagraniu „TEGO NIE MÓWI SIĘ O SOLI” z marca 2025 roku zwracali uwagę na to, że jodan potasu może działać prozapalnie na tarczycę, sugerując, że jodek potasu jest lepszym wyborem dla osób dbających o zdrowie.
Te obawy znajdują częściowe potwierdzenie w badaniach naukowych. Przełomowe badanie z 2021 roku opublikowane przez Iwan i współpracowników w czasopiśmie „Life” wykazało, że jodan potasu zwiększa peroksydację lipidów (LPO) we wszystkich badanych tkankach świńskich (tarczyca, jajnik, wątroba, nerka, mózg, śledziona, jelito cienkie). Najsilniejszy efekt uszkadzający zaobserwowano przy stężeniu 10 mM KIO₃, co odpowiada fizjologicznemu stężeniu jodu w tarczycy.
Warto jednak podkreślić istotne odkrycie tego samego badania: tarczyca okazała się znacznie mniej wrażliwa na działanie prooksydacyjne jodanu potasu niż inne tkanki. Przy stężeniach 10 mM i 7,5 mM jodanu potasu, uszkodzenie w tarczycy było niższe niż w innych narządach, a przy najniższym stężeniu 5 mM w ogóle nie zaobserwowano jej uszkodzeń. Naukowcy tłumaczą to adaptacją tarczycy do utrzymywania wysokich stężeń jodu oraz rozwojem mechanizmów ochronnych, takich jak efekt Wolffa-Chaikoffa (przejściowa redukcja syntezy hormonów tarczycy w odpowiedzi na nadmiar jodu). Ponadto zauważono ochronny wpływ melatoniny na utlenianie wywołane jodanem potasu.
Wcześniej już przywoływane badanie Magdaleny Milczarek z 2013 roku bezpośrednio porównało oba związki i wykazało, że jodan potasu w stężeniach ≥2,5 mM zwiększa peroksydację lipidów, podczas gdy jodek potasu w tym samym zakresie stężeń (5-100 mM) wykazywał działanie ochronne.
Obecnie nie ma jednoznacznych badań, które wykazałyby szkodliwy, bezpośredni wpływ jodanu potasu podawanego w zalecanych ilościach na zdrowie u zdrowych ludzi.
Czy jodan potasu jest dobry dla producenta soli?
Z punktu widzenia producenta, jodan potasu jest idealnym rozwiązaniem bo:
- nie wymaga specjalnych warunków magazynowania,
- ma długi termin przydatności,
- przynosi minimalne straty podczas dystrybucji oraz
- ma niższe wymagania dotyczące opakowań
- produkt końcowy ma stabilną zawartość jodu przez cały okres przydatności, co minimalizuje ryzyko reklamacji.
7Chociaż jodan potasu może być droższy od jodku potasu to całkowite koszty produkcji i dystrybucji są znacznie niższe.
Czy sól z jodanem potasu jest dobra dla konsumenta?
Dla konsumenta, jodan potasu oznacza pewność zachowania pełnej dawki jodu przez cały okres przydatności produktu oraz łatwiejsze przechowywanie. Nie traci jodu podczas gotowania w takim stopniu jak jodek potasu.
Jednak rosnąca świadomość konsumentów, napędzana przez popularyzatorów zdrowia takich jak Bracia Rodzeń czy Mateusz Ostręga prowadzi do preferencji dla jodku potasu, mimo że badania in vivo nie potwierdzają jednoznacznie szkodliwości jodanu potasu przy stosowaniu w zalecanych dawkach.
Według badań WHO z 2024 roku, nie obserwowano istotnych różnic w skuteczności redukcji wola między jodkiem a jodanem potasu (czyli redukują go tak samo dobrze), a stężenie jodu w moczu również rosło w podobnym stopniu przy stosowaniu obu form.
Na koniec tematu jodowania soli – analiza porównawcza wymogów dotyczących jodowania soli w standardach krajowych z 2022 roku wykazała, że nie ma jednolitości w poziomach jodowania między krajami – wahają się one od 15 do 40 mg jodu/kg soli.
Przeciwzbrylacze w soli – kontrowersje wokół E536
Jednym z najbardziej kontrowersyjnych dodatków do soli jest żelazocyjanek potasu (E536), który stosowany jest jako środek przeciwzbrylający, zapobiegający tworzeniu się grudek w soli. Temat ten pojawił się w wywiadzie prof. Grażyny Cichosz z Bogdanem Rymanowskim a także rozmowy Pani Profesor z Marteuszem Ostręgą:
Ale o co chodzi?
Zarówno w nagraniu Mateusza Ostręgi jak i u Braci Rodzeń w nagraniu, które podlinkowałem wcześniej wskazuje się , że E536 może uwalniać cyjanowodór w kwaśnym środowisku żołądka. Podobne stanowisko prezentują inni popularyzatorzy zdrowego stylu życia w Polsce.
Stanowisko urzędników (czyli w sumie naukowe)
Co na to Unia? Europejski Urząd ds. Bezpieczeństwa Żywności (EFSA) przeprowadził kompleksową ocenę bezpieczeństwa ferrocyjanków (E535-E538) i w 2018 roku wydał opinię naukową, która została potwierdzona w kolejnych raportach z 2023 i 2024 roku. Oto co się tam znalazło:
- Akceptowalne Dzienne Spożycie (ADI): EFSA ustaliła grupową wartość ADI dla ferrocyjanków na poziomie 0,03 mg/kg masy ciała na dzień, wyrażoną jako jon ferracyjankowy.
- Rzeczywiste spożycie: Najnowsza ocena narażenia wykazała, że rzeczywiste spożycie ferrocyjanków z żywności wynosi do 0,009 mg/kg m.c./dzień u dzieci i młodzieży, czyli jest około 3-10 razy niższe niż ADI. W wyrafinowanym scenariuszu szacunkowym, narażenie wynosiło jeszcze mniej – do 0,003 mg/kg m.c./dzień u dzieci.
- Absorpcja i akumulacja: Badania wykazały, że absorpcja ferrocyjanków z przewodu pokarmowego jest niska i nie ma akumulacji w organizmie człowieka.
- Brak działania genotoksycznego i kancerogennego: Panel EFSA nie stwierdził działania mutagennego ani rakotwórczego E536.
- Wnioski końcowe: „Ferrocyjanki (E535-538) nie stanowią zagrożenia dla bezpieczeństwa przy obecnych poziomach użycia”.
NOAEL i dawka śmiertelna
W badaniach toksykologicznych na zwierzętach, EFSA ustaliła NOAEL (No Observed Adverse Effect Level) na poziomie 4,4 mg/kg m.c./dzień, przy czym nerki były narządem docelowym przy wysokich dawkach. Dawka śmiertelna (DL50) dla E536 wynosi 3000-5000 mg/kg masy ciała, co jest porównywalne z samą solą kuchenną (chlorkiem sodu). Na marginesie to jest jeden z powodów, dla których jako ludzkość raczej długo nie będziemy mogli zrezygnować z przeprowadzania testów na zwierzętach: mało kto z ludzi chciałby testować DL i NOAEL na sobie.
Warto jednak wspomnieć, w publikacji z 2018 roku wskazano, iż ferrocyjanki obrały sobie za cel nerki (badanie na szczurach). Jednak badanie to nie zmieniło stanowiska EFSA, która w kolejnych raportach z 2023 i 2024 roku potwierdziła bezpieczeństwo E536 przy obecnych poziomach stosowania.
To jakie to są poziomy? Zgodnie z regulacjami UE oraz Codex Alimentarius, maksymalna zawartość E536 w soli wynosi 10-20 mg/kg soli. W praktyce, producenci stosują jeszcze niższe poziomy – zazwyczaj ≤10 mg/kg
Alternatywne przeciwzbrylacze
Na polskim rynku pojawiają się sole z alternatywnymi przeciwzbrylaczami. Firma Sante stosuje węglan magnezu jako naturalny przeciwzbrylacz, co stanowi atrakcyjną opcję dla konsumentów poszukujących produktów „czystych” składowo. Inne alternatywy to krzemian wapnia (E552) czy dwutlenek krzemu (E551).
Możesz też użyć soli jodowanej bez przeciwzbrylaczy jak ta z Kauflanda od której zacząłem ten artykuł. Jak dodasz do niej kilka ziarenek ryżu to będzie on naturalnie usuwał wilgoć z soli co zmniejszy jej zbrylanie.
Co robić, jak żyć? Rekomendacje praktyczne
Zdecyduj. Poniżej jest ściąga, uwzględniająca wszystkie aspekty jakie poruszyłem w tym artykule:
- Wybór formy jodu:
- Jodek potasu (KI) – jeśli priorytetem jest najlepsza biodostępność i potencjalne działanie antyoksydacyjne.
- Jodan potasu (KIO₃) – jeśli priorytetem jest stabilność i pewność zachowania dawki jodu przez cały okres przydatności.
- Kwestia przeciwzbrylacza:
- E536 jest bezpieczny według EFSA przy dozwolonych ilościach
- Jeśli chcesz mieć „czysty” skład: wybierz sól bez przeciwzbrylaczy albo z naturalnymi przeciwzbrylaczami.
- Przechowywanie i gotowanie soli z jodkiem potasu:
- Kupuj sól w mniejszych opakowaniach (lepsza świeżość, szczególnie dla KI)
- Przechowuj ją w szczelnych, ciemnych pojemnikach, w temperaturze pokojowej
- Zwracaj uwagę na termin przydatności (kupuj „świeżą” sól jakkolwiek to dziwnie brzmi) .
- O ile to możliwe dodawaj ją dopiero na talerzu albo na końcu gotowania, aby zminimalizować straty jodu.
- Przechowywanie i gotowanie soli z jodanem potasu:
- jest bardziej odporna więc nie musisz stosować takiego rygoru jak w przypadku jodku potasu.
Na koniec: uważam że dobrze, że rozmaite głosy i dyskusje jak te po wywiadzie prof. Grażyny Cichosz u redaktora Rymanowskiego są prowokowane, nawet jeśli nie podobają się tej czy innej grupie ludzi. Najważniejsze jest, że wprowadzają temat pod dyskusję publiczną.
A co do soli w moim domu – używam niejodowanej do przetworów oraz tej z jodkiem potasu – kiedyś z przeciwzbrylaczami, teraz bez.
Daj mi znać w komentarzu jak widzisz cały temat związany z jodowaniem soli.

Niewłaściwa pisownia, winno być: KJ i KJO3. Jod ma w układzie okresowym symbol J, a nie I.
Izabello, wg informacji które ja pamiętam ze szkoły było to I a nie J. Podobnie widzę to w Internecie:
https://ukladokresowy.edu.pl/#/forma/podstawowa
z Wikipedii:
https://pl.wikipedia.org/wiki/Jodek_potasu
W materiałach międzynarodowych (badaniach) także przytaczane jest oznaczenie I a nie J.
Dziękuję za zwrócenie uwagi i wnikliwość, jednak dla porządku pozostawię I.
Drogi Rafale,
Z góry przepraszam, że tekst będzie długi…ale to moja wina, zebrało się od kiedy chce do Ciebie napisać, tj od jakiś 5 lat ;)
Zacznę w ogóle od tego, że gdybyś był youtuberem trzeba byłoby dać komentarz „stary wrócił z mlekiem” biorąc pod uwagę, kiedy ostatnio coś napisałeś ;). Choć wiadomo, że akurat Ty po mleko nie chodzisz :D
Chciałbym Ci też na wstępie podziękować, jesteś pierwszym, który otworzył mi oczy na wiele spraw, a lektura Twojego bloga na przestrzeni lat i wielokrotne do niego powroty ( dawki przypominające są niezbędne w tak inspirującej lekturze).
Część swojego zdrowia zawdzięczam Tobie, za co też bardzo dziękuje.
Ogólnie to zajrzałem na Twojego bloga jakiś czas …po obejrzeniu prof. Cichosz u Rymanowskiego (obejrzałem to zanim rozpoczęło się ogólnopolskie wycie, jak miało jeszcze 30 tyś wyświetleń), a to dlatego że totalnie mi się skojarzyłeś w trakcie słuchania. Wiele rzeczy się pokrywało, przed wszystkim pewien ogólny vibe dotyczący węgli czy chociażby soi modyfikowanej.
Do wywiadu jeszcze wrócę, w sekcji pytań do Ciebie ;).
Wcześniej jednak chciałem podzielić się fragmentem swojej historii w kontekście zawartości Twojego bloga.
Jako nastolatek a pózniej student byłem typem wysportowanym i choć nie patrzyłem co jem to pamiętam jedno… odruchowo ciągnęło mnie przede wszystkim do – mięsa (w szczególności dziczyzna i tatar, uwielbiałem też wątróbkę), jajek ( porządnie osolonych) i serów, szczególnie żółtych i pleśniowych. Do tego pomidory w każdej ilości i postaci no i kiszonki, ewentualnie kasza gryczana. A i smalec kochałem od dziecka łącznie z tym, że pamiętam jak kiedyś dziadek otwierał oczy ze zdumienia jak z dwóch kanapek ( jedna z szynka druga ze smalcem ze skwareczkami) mając jedną dać zaprzyjaznionemu pieskowi, ja dla siebie wybrałem smalec :D
Nigdy za to nie byłem w stanie zjeść dużej porcji placków ziemniaczanych czy makaronu ( bo momentalnie robiłem się po nich syty a wręcz przesycony (oczywiście po to żeby dość szybko stać się głodnym)
Byłem okazem zdrowia i jak widać z powyższego moja „natura” ciągnęła do tego, co dla mnie dobre.
Potem przyszło życie i różne jego meandry.
Miałem dość długi okres nadużywania alkoholu i choć nadal przywiązany do mięsa, nie stroniłem od węgli – również niezdrowych przekąsek (chipsy).
Skończyło się to ( mówię skrótowo i o czasie ponad dekady uogólniając celowo) najpierw długotrwałą otyłością, potem nadciśnieniem i wreszcie początkami dny moczanowej.
W międzyczasie oczywiście wielokrotnie chciałem się wziąć za siebie, no ale wychodziło jak wychodziło.
W każdym razie – obecnie wiele złych zmian udało mi się wycofać, w planach jest powrót do porządnej formy. Oczywiście dieta niskowęglowodanowa przy czym sporo sera i kefiru ( choćby ze względu na ich przydatność w dnie, ale do tego wrócę). Leki na nadciśnienie i kwas moczowy musiały wejść ale jestem na etapie wygaszania ich użycia bo przestają być potrzebne.
I tu dwie wartościowe myślę, nie tylko dla mnie uwagi
od dwóch różnych osób (topowy trener personalny ale taki prawdziwy, nie jakiś od influencerów, plus pani dietetyk) usłyszałem to samo – że gdybym w tym całym czasie zamiast alko spożywał proporcjonalne ilości słodyczy albo energetyków, byłbym znacznie dalej w czarnej d….
Oczywiście nie ma to być pochwała alkoholu, a raczej potwierdzenie jak niebezpieczne są cukry i produkty wysoko przetworzone.
Nie nabawiłem się klasycznego zespołu metabolicznego (glukoza i stan trzustki ok na starcie zmian), natomiast ewidentnie to co się ze mną stało nosi znamiona syndromu chińskiego, o którym czytałem tylko u Ciebie ( a zawsze czytałem bardzo dużo na tematy wszelkie, szczególnie związane ze zdrowiem jeśli mi coś było, w literaturze zarówno polskiej jak zagranicznej)
I teraz ważna sprawa, byłem adresatem typowych komunikatów w dzisiejszej medycynie i to otrzymywanych od bliskich, od bliskich związanych z medycyną i od lekarzy tzn:
Leki na ciśnienie już zawsze, leki na kwas moczowy już zawsze, dieta niskopurynowa już zawsze etc etc…
TO jest zmora naszych czasów( bo wpływa na stan psychiczny znacząco), ludzie bezrefkleksyjnie kupują to, że już są skazani na określone medykamenty czy bardzo restrykcyjny styl życia niejako poddając się sytuacji zamiast zadać sobie pytanie czemu organizm miałby się nie zregenerować i wyleczyć (oczywiście nie mówię tu o cięzkich i przewlekłych schorzeniach w zaawansowanych stadiach, choć i w takich przypadkach wyzdrowienia się zdarzają przecież).
I tak samo – dna moczanowa nie jest do wyleczenia, cukrzyca typu 2 nie jest do wyleczenia.
No to muszę być ewenementem bo zażywając milurit plus pijąc podagrycznik i ocet jabłkowy, suplementując D3 i K2 a także spożywając sporo dodatkowego kolagenu (oczywiście do tego dieta low carb i ćwiczenia, ) ogarnałem dnę w 4 mc…i wedle rokowań za 2-3 mc lek odstawie na dobre. Ocet pewnie ze mną zostanie ale powodów ku temu jest więcej :)
Warto nadmienić, że pierwszą konsultacja w dolegliwościach był znany lokalnie ortopeda, który nie zrobił USG stopy, za to przepisał mi lek na odbudowę chrząstki ( konsultacja kilka mc później u trenera personalnego/fizjoterapeuty po usg stopy – nie jesteś pacjentem ortopedycznym) a także ibuprofen hasco ( mimo że zastrzegałem, iż biorę 2 leki na nadciśnienie – dla niezaznajomionych z interakcjami – ogólnie tym samym polecił mi,żebym w stosunkowo krótkim czasie rozwalił sobie nerki na dobre ;) .)
Ok…sekcja pytań do Ciebie Rafale ;)
1
Szkoda mi, że nie odniosłeś się do tez prof. Cichosz bardziej tzn dużo się pokrywa z zawartością Twojego bloga, ale jednak nie wszystko a ciekawe byłoby zapoznanie się z Twoja perspektywą.
W ogóle myślę, że wielu wiernych czytelników z chęcia poznałoby Twoje zdanie dot 3 wiodących kanałów o żywieniu ( jeden dentysta, jeden dietetyk kliniczny i jedna osoba w dwóch albo dwie w jednej jak kto woli ;) )
Oczywiście rozumiem, że z pewnych względów możesz sobie taka analizę darować.
2
Ileś razy pisałeś, że stworzysz szerszy artykuł dotyczący ponderostatu, nie ukrywam że nadal mam nadzieję że to nadejdzie i podejrzewam, że nie jestem jedyny ;)
3
Jakie jest Twoje obecne zdanie na temat nabiału w szczególności serów?
Z Twojego bloga wnioskuję, że Ty to ograniczyłeś/uciąłeś z racji lepszego samopoczucia bez (choć gdzieś kiedys pisałeś o rzeszotowieniu i osteoroporozie),
CO z serami kozimi ( kiedyś ktoś o to pytał, ale akurat na to nie odpowiedziałeś)
I tutaj ciekawostka, wszędzie się trąbi jakie to szkodliwe są sery pełnotłuste a pleśniowe to już w szczególności.
To jest bardzo ciekawe, bo raz sery a już szczególnie pleśniowe mają bardzo mało puryn( ogólnie dieta niskopurynowa jak wpiszecie w AI to jedno, a jak zaczniecie szperać to tabelki zawartości puryn mówią coś zupełnie innego niż mainstream, jakbym stosował taką obiegową to raczej bym dnę pogłębił.)
Dwa – taki roquefort (konkretnie pleśniowy ser) ma wykazane szereg właściwości…kardioprotekcyjnych i przecizapalnych – wystarczy chwile pogooglować.
Ach ta aktualna mainstreamowa wiedza medyczna, nic tylko być zdrowym i uśmiechniętym…
* Ważne zastrzeżenie – od startu zmian w moim życiu kupuje TYLKO sery bezpośrednio od producenta, z mięsem w 80% to samo, a także to samo ze sporą częścią warzyw.
4
jakie niebezpieczeństwa widzisz w saponinach? Pisałeś o nich kiedyś w kontekście roślin jako o jednym z czynników niebezpiecznych, a znów w mainstreamie można przeczytać, że są bardzo zdrowe i cholesterol obniżają :)
5
No i wreszcie pytanie, które myślę nie tylko ja chciałem zadać…
Gdzie i jakie kupujesz masło, śmietanę i oliwę? Skoro już napisałeś o soli… ;)
Rafał…niezależnie czy ktokolwiek w tym Ty przeczyta ten esej :D dziękuje Ci za lata pracy, za darmowe szerzenie bardzo przydatnej wiedzy i stawianie ważnych pytań, a także tego że nigdy nie robiłeś z siebie jedynego prawdziwego guru, a zawsze byłeś gotowy na krytykę i polemikę.
I teraz może strzele sobie w stopę, ale zaznaczę że już niebawem zamierzam nabyć Twoją książkę/ki więc marketingowo mógłbyś mi odpisać żebym tam poszukał, ale mimo wszystko liczę, że odpiszesz coś tutaj.
Pozdrawiam serdecznie
Jakub
Jakubie, żyję, mam się dobrze, tylko z czasem kiepsko.
A co do youtube – no nie przystaję do obecnych czasów. Jestem człowiekiem „czytatym” i do takich samych zawsze chciałem docierać, choć „czasy nie te”.
Pewno jako TikTokowiec albo Youtuber miałbym większe „powodzenie” konwertując swoje wpisy na formy video ale co poradzisz – czytanie to przede wszystkim wyższa aktywność mózgu niż konsumpcja video.
Co do mleka – ostatnio zaciekawiłem się mlekiem A2A2 i chyba zaczynam zmieniać zdanie. Ale jeszcze go nie konsumuję za to kwaszone (maślanka, zsiadłe mleko, śmietana, jogurt) to i owszem.
Miło mi czytać, że miałem wpływ na Twoje wybory jedzeniowe aby w ten sposób wpływać na Twoje samopoczucie (i mam nadzieję zdrowie).
Z Twoich studenckich smaków widzę, że mógłbym Ci rękę podać – mam te same miłości ;)
Z alkoholem jest ten problem, że odpala głód. To zwykle powoduje napad na jedzenie (i tu jest nieźle, bo to jedzenie jest głównie białkowe i tłuste) ale problem w tym, że po zaspokojeniu głodu alkoholowego lecą węgle (czekolada, ciasto). Wiem co masz na myśli bo sam tak często miałem z tym, że moim sposobem (gdy czuję potrzebę zjedzenia „po kielichu”) jest… pójść spać.
Dnę moczanową traktuję „hobbystycznie” w tym sensie, że chętnie pokazuję znajomym do czego prowadzi:
– dieta keto (białkowa) + węgle + alko.
Czyli: znajomi się nasłuchali jaka keto jest super więc ją wdrażają. Ale pozostają przy alkoholu (ale nie wóda tylko wino, bo „lepsze” – albo co gorsza piwo). Po alko leci głód – więc część idzie w węgle. Dołóż do tego minimum wody i mamy kłopot. Zaczyna się od palucha u stopy (lewej albo prawej) który boli jak trzeba. Albo dokładniej: zaczyna się od najdalszych stawów, gdzie wraz z wiekiem krążenie limfy i krwi jest najsłabsze przez co kryształy mogą odkładać się łatwiej.
Teraz – jak to pokazuję znajomym? Jak jedziemy na wspólne wyjazdy (ponad 10 dni) to chętnie przystaję, żeby pokazać im jak działają węgle będąc w tym samym hotelu z nimi, na tej samej „diecie” z tym, że bez zwiększania alko, podnoszę drastycznie białko (ryby, mięso) i węgle (głównie cukier ze słodyczy) i co ważne – bez wody a jeśli już to w formie słodkich soków czy coca-coli.
Po 4 dniach mam spuchnięty paluch, tkliwy i bolesny – pokazuję, demonstruję. Potem cofamy stan czyli: 5g (5000mg) witaminy C (w celach moczopędnych) + 5-6 litrów wody na dobę i – uwaga – alkohol (wódka) – żeby nie odbiegać od średniej. Białko ok ale w limicie 1g na 1kg. Zupełnie bez węgli, uzupełniam tłuszczem. Ten sam eksperyment prowadziłem tylko na węglach (bez alko i białka) oraz tylko na białku (bez węgli i alko). Efekt zawsze ten sam: po 2 dniach (ciągłe sikanie) wszystko wraca do normy. Po prostu stosuję „odtrutkę” którą już dawno temu publikował dr Michalak (obecnie profesor UAM): https://www.drmichalak.pl/pl/strefa-pacjenta/dna-moczanowa
Mówię tu o dnie moczanowej która nie wynika z uszkodzenia nerek tylko po prostu ze złego odżywiania, w początkowej fazie (bo z czasem to musi uszkodzić nerki).
Co do współczesnej medycyny to mimo wszystkich niedoskonałości jestem jej zwolennikiem i orędownikiem, tylko martwi mnie to, z jaką łatwością ignoruje ona tradycyjne medycyny (np. chińską, hinduską ale też naszą, europejską). A gdy chodzi o wiedze lekarzy to jestem nią w większości wstrząśnięty negatywnie – tutaj 12 błędnych paradygmatów opisanych przez Michalaka: https://www.drmichalak.pl/pl/artykuly/12-blednych-paradygmatow-wspolczesnej-medycyny
Zajrzyj np. w paradygmat dotyczący cukrzycy, gdzie skonfrontowane są zalecenia lekarzy vs. biochemia komórkowa.
Najgorsze w przypadku lekarzy – zwłaszcza gdy pacjentami są ludzie starsi – jest to, że prawie żaden z nich nie pyta pacjentów o to jakie inne leki biorą. I taki emeryt idzie od neurologa do gastrologa, potem do reumatologa i na końcu do dermatologa i każdy mu coś tam zapisze. Bez pytania o reakcje krzyżowe, efekt wzmacniający lub znoszący konfliktujących się substancji czynnych. To nie zawsze jest wynik ignorancji lekarzy – tylko modelu, w jakim byli kształceni na specjalizacji. Jesli specjalizuje się w reumatyzmie, to studiuje leki i metody leczenia reumatyzmu a nie to czy leki podawane przez niego nie wchodzą w konflikt z lekami kardiologicznymi.
Jeśli chodzi o ocet jabłkowy (i inne fermentowane produkty) jestem jeszcze większym fanem niż byłem 20 lat temu.
Teraz odpowiedzi:
ad 1. Trochę opisałem w tym tekście który teraz komentujemy na temat mojej opinii o prof. Cichosz – jestem pod dużym wrażeniem jej wiedzy na temat żywności, sposóbów jej procesowania i konserwowania. Nie jest lekarzem więc nie słuchałbym jej jako eksperta ds. chorób oraz ich etiologii (jakie są ich przyczyny). Ale traktuję ją jako skarbnicę wiedzy uzupełniającej – np. na temat biodostępnbości, odżywczości czy sposobów konserwacji (przemysłowych). Ta wiedza przydaje się później gdy słucham dietetyków i łącznie obie te dawki wiedzy są potrzebne gdy się słucha lekarzy. Dopiero to trio pozwala ukształtować holistyczne wnioski.
Co do moich opinii na temat konkretnych osób to wskaż te kanały (linki) bo z Twojego opisu to kojarzę tylko Braci Rodzeń. Jestem pod wrażeniem nie tyle ich wiedzy, bo nie jest ona odkrywcza dla nikogo, kto stykał się z dietami niskowęglowodanowymi (bez znaczenia czy klasyczne keto czy LCHF Kwaśniewskiego). Imponują mi 2 rzeczy: sposób, w jaki przekazują tę wiedzę (często zbyt prosty, ale może w tym jest sukces) używając setek alegorii, historii i porównań oraz druga – ta jest dla mnie najbardziej obezwładniająca: gdy pokazywali (w początkowych nagraniach) swoje osobiste świadectwa. Wynika z nich jedno: lekarz nie jest wszechwiedzący. Lekarz często sam jest chory i widząc u siebie objawy leczy się tak, jak się tego nauczył. Mimo, że stosuje te oficjalne metody i protokoły albo nie leczy się trwale (tylko występuje remisja) lub ogranicza objawy. Chodzi mi o to, że to naturalne, iż jako ludzie mamy tendencję aby założyć, że „ksiądz nie grzeszy”, „dietetyk będzie szczupły” a „egzaminator jazdy nie łamie przepisów ruchu drogowego”. A to nie jest prawda.
ad 2
O tak, ponderostat mnie niezmiernie intryguje. Nie wiem kiedy dokończę tekst (na /nie/pocieszenie: mam rozpoczętych na różnych etapach ponad 40 tekstów, niektóre z datą 2016 rok!). Dla niewtajemniczonych: ponderostat to hipotetyczny samoregulujący układ w ciele człowieka który składa się z setek mniejszych układów które mają ze sobą różne połączenia zwrotne zapewniając w ten sposób równowagę w danych okolicznościach. Taki przykład: w momencie skaleczenia organizm jednocześnie wykonuje kilka działań, aby zmniejszyć ryzyko śmierci np. tamuje krwotok, higienizuje ranę, reguluje ciśnienie i temperaturę w miejscu skaleczenia, usuwa ciała obce które dostały się do rany, później dokonuje zniszczenia niepotrzebnych komórek i odbudowy i zabezpieczenia aby było bardziej odporne na ewentualne przyszłe uszkodzenia (stąd np. zgrubienia blizn, twardsze kości, większe mięśnie itp).
ad 3. Tak jak napisałem wcześniej jestem wielkim fanem wszystkiego co jest fermentowane w tym nabiału. Negatywnie wypowiadałem się tylko o mleku – chodzi o „pamięć jelit” dotyczącą mleka, które łatwiej przenika przez enterocyty w jelicie cienkim wyzwalając póżniej reakcje alergiczne (to pokazują testy IG). Ale jak napisałem wcześniej – z zaciekawieniem spoglądam na mleko A2A2.
Sery jem w każdej postaci, uwielbiam pleśniowe (te żółte miękkie trochę mniej). Kozie, owcze – są tu o tyle bardziej interesujące że to nadal są zwierzęta które się wypasa więc same dopasowują swoją dietę (zwłaszcza w okresie „niezimowym”). Z krowami różnie bywa, aczkolwiek należy mieć na uwadze, że zimą także owce i kozy są hodowane na sianokiszonce która niesie pewne ryzyka dla bydła.
Co do zakupu „prosto u źródła”. Fajnie, że masz taką możliwość. Osobiście uważam (na podstawie lektury rozmaitych źródeł) że nie ma większego znaczenia, czy surowce kupujemy „prosto u źródła” czy w markecie. To może mieć inny smak (np. mięso może mieć ładniejsze przerosty tłuszczu, mieć inny zapach i smak) ale z punktu widzenia odżywczego nie ma aż takiej różnicy, przy założeniu że porównujemy takie same produkty (np. marchew z marketu i marchew od rolnika, nawet jesli jest bio). Co nie jest bez znaczenia: w przypadku marketu mamy większą pewność jeśli chodzi bezpieczeństwo produktu (był sprawdzany na kilku etapach np. gleba była badana u rolnika, potem był badany produkt przed zakupem przez hurtownikia i w końcu odpowiednie parametry produktu były wpisane w umowie między hurtownikiem a siecią marketów). Chodzi o to, że sieci marketów mogą w ten sposób przerzucić ryzyko „wadliwego produktu” (np. gdy przekroczy ilość pestycydów) na hurtownika a ten na rolnika. W przypadku zakupu wprost od rolnika takiej gwarancji nie ma.
ad4. O saponinach wypowiadałem się w jednym z komentarzy na blogu (https://www.ziolaiprzyprawy.info/2012/01/30/blog/jak-obnizyc-cholesterol-szkodliwe-sterole-roslinne-stanole-benecol-flora-proactiv/#comment-1738), który dotyczył sposobów, w jaki rośliny chronią się przed zjedzeniem: wytwarzają związki które są szkodliwe dla roślinożerców. Przykładowo, saponiny mają działanie przeciwzapalne i przeciwbakteryjne. Jeśli jestem bakterią, która chce się pożywić na roślinie wytwarzającej saponiny to zgodzimy się, że raczej nie skończy się do dla mnie dobrze. Ale przecież nie jestem bakterią, tylko człowiekem. Którego połowa komórek to bakterie. Zatem stałe jedzenie produktów przeciwbakteryjnych może skończyć się dla mnie źle. Zobacz: https://wylecz.to/zywnosc/saponiny
Nie chodzi mi o to, aby wzbudzić tanią sensację: takich saponin np. w szpinaku czy owsie jest niewiele (mimo, że to bogate źródła) i nie jemy tego codziennie, chyba, że ktoś jest na monodiecie (owsianka 5x dziennie). Chodzi mi raczej o to, że każdy organizm wytwarza mechanizmy które mają go chronić przed śmiercią i tak jak my mamy zęby, pazury, nogi i mózgi tak rośliny mają zestaw „mały chemik”.
ad 5
Wszystko kupuję w sklepie. Jak pisałem wyżej – nie ma to większego znaczenia z perspektywy biodostępności o ile porównujemy te same produkty. Nie jestem ortodoksem który kupuje pełne mleko od rolnika, samodzielnie oddziela śmietankę, ubija ją i robi „domowe masło”.
Sery też kupuję w markecie, podobnie ze śmietaną. Kluczem jest to, aby to było to co chcę kupić a nie śmietana z mączką chleba świętojańskiego (bo się lepiej dodaje do zupy).
W brew pozorom w Polsce mamy na prawdę wysoką jakość produktów, zwłaszcza tych minimalnie przetworzonych (nabiał, niektóre wędliny jednorodne /szynki/, owoce i warzywa, kiszonki „słoikowe” /ogórki kiszone, nie konserwowe/). Mamy dobrze opisane obowiązki dotyczące oznaczania składu produktów: https://www.gov.pl/web/wijhars-olsztyn/wykaz-skladnikow-prawde-ci-powie
I o ile producenci się do tego stosują (a stosują, bo kary są drakońskie np. koszt wycofania partii) to wszystko jest dobrze.
Smalec zwykle kupuję w formie prasowanej słoniny (można ją kupić w Dino, w plastikowych batonach) która zawiera tylko surową zmieloną słoninę (uwaga, psuje się jak mięso bo zawiera białka).
Z oliwą może być trudno je porównywać – kupuję różne firmy, ale w wakacje gdy jestem na Chorwacji zawsze kupuję oliwę prosto z młyna. Nie jest to 100 litrów więc szybko się kończy i wracam do sklepowej. W tym momencie mam w lodówce ostatni słoiczek oliwy z chorwackiego młyna, w szafce 1 butelkę oliwy bio marki własnej Kauflanda, 1 butelkę Costa Doro i jedną hiszpańską (chyba Espanola czy jakoś tak). Tu dużo się zmieniło na niekorzyść – nie znajduję już w sklepach oliwy, która miałaby oznaczenia delta K, K232 czy K270 czy choćby kwasowość a szkoda – wtedy jak na dłoni byłoby widać, że często najtańsza oliwa ma lepsze parametry niż ta „markowa”.
Esej jak widzisz nie był za długi, problem w tym że urodził drugi esej czyli moją odpowiedź :)
Ale serio – o ile nie mam tyle czasu ile bym chciał aby dokończyć artykuły, to na komentarze odpowiadam zawsze (czasem z opóźnieniem, ale zawsze).
Pozdrowienia z Sądecczyzny
Rafał